16 grudnia 2015 Daria Kikoła
Kategorie: Strefa rodzica

Historia Stanisława

 

Nazywam się Stanisław Rychowiecki i pragnę podzielić się z wami moją historią przechodzenia z ze stanu ofiary molestowania do pozycji OCALONEGO.

ocalony

Urodziłem się w Warszawie w roku 1979. Moje dzieciństwo w niczym nie odbiegało od normy normalnych dzieciaków. Rodzina normalna, chodząca do kościoła. Po Pierwszej Komunii Świętej postanowiłem zostać ministrantem w swojej parafii. Tam poznałem największy swój autorytet ówczesnego proboszcza ks. Tadeusza. W ciągu 26 lat naszej znajomości był dla mnie kimś więcej niż dziadek czy nawet ojciec. Zawsze mogłem na niego liczyć. Skromny, mądry, wymagający od innych ale przede wszystkim od siebie. Bardzo lubiłem słuchać, kiedy opowiadał o swoim życiu, o swoim powołaniu. Wrócę jeszcze do momentu Pierwszej Komunii. Po kazaniu proboszcza już wtedy (mając 9 lat) postanowiłem zostać księdzem. I z tą myślą zgłosiłem się do parafii zapisując się do grona ministrantów. Moje postanowienie dojrzewało wraz ze mną. Ogromną rolę odegrał także Ojciec Święty Jan Paweł II. Jego nauczanie, życie wywarło na mnie ogromne wrażenie. Dla mnie osobiście te dwie osoby był filarami mojego powołania. Na początku lat 90 do parafii jako wikariusz został skierowany ks. Mateusz.

Proboszcz przydzielił mu funkcję opieki nad ministrantami. Już na pierwszej zbiórce można było odczuć że jest znawcą historii liturgii. Wiele można było się od niego nauczyć. Niestety, w roku 1993 doszło do pewnego wydarzenia, które dało o sobie znać ponad 20 lat później. Bardzo często bywałem na plebanii. Jako zaufany ministrant, księża prosili mnie żebym szedł opłacać rachunki na poczcie czy ewentualnie robić jakieś zakupy. Kiedy po mszy wieczornej Ks. Mateusz zaprosił mnie do siebie, myślałem, że będzie trzeba iść do sklepu. Niestety, cel wizyty był inny. Ks. Mateusz chciał mi pokazać jak radzić sobie z popędem seksualnym. Nie chcę wdawać się w szczegóły — chodzi o masturbację.

Kiedy po wszystkim wracałem do domu byłem oszołomiony. Wiedziałem że coś się stało, co nie miało prawa mieć miejsca, ale nawet nie wiedziałem jak to nazwać. Postanowiłem nic nikomu nie mówić i starałem się zapomnieć. Udało się. Minęła Podstawówka i Liceum, gdzieś tam w międzyczasie pojawiały się wspomnienia ale potrafiłem je uciszyć. Kiedy wstąpiłem do Seminarium postanowiłem że tamto wydarzenie nie będzie miało wpływu na moje życie. Starałem się nie wracać, jednak były momenty kiedy myśli stawały się natarczywe. Postanowiłem zatem jakoś zagłuszać je. Wyjeżdżałem nad morze na motocyklu na wschód słońca, albo w góry na oscypki. Zmęczenie fizyczne a jednocześnie podziwianie natury dawało pożądane efekty. Nie wiadomo kiedy ale postawa ciągłego uciekania stała się naturalnym wymiarem radzenia sobie z trudnościami.

Owe trudności nie były spowodowane natarczywością myśli ale  rozczarowaniem związanym z funkcjonowaniem Kościoła. Okazało się, że instytucja którą postrzegałem jako dziecko za idealną pełna jest obłudy. Ale potrafiłem powtarzać sobie, że księdzem nie jestem dla księży, ale dla ludzi. starałem się zatem służyć przede wszystkim ludziom. Kolejnym etapem w moim życiu były wybuchające skandale pedofilskie w Kościele. Kiedy w Ameryce kolejne ofiary molestowania zaczęły dochodzić swoich praw wszystko wydawało się być odległe. Tłumaczyłem sobie: to daleko od ciebie oraz ciebie to nie dotyczy. I tak było dobrze. Kolejne ofiary stawały się ocalonymi, a ja tym bardziej skrzętnie chroniłem siebie przed choćby dotknięciem swojego problemu. Jednak to szczęście było pozorne.

Przyszedł rok 2013 kiedy to jesienią wybuchła afera Tarchomińska. (Tarchomin to dzielnica Warszawy znajdująca się na terenie mojej diecezji Warszawsko-Praskiej). To wszystko już mnie przerosło. Poczułem jakby mnie ktoś od środka rozdzierał. Rana zaczęła krwawić, łzy samoistnie leciały z oczu. Zrozumiałem że to koniec uciekania. Pamiętam jak dziś myśl która mi towarzyszyła w tym momencie: Jeśli nie możesz być dalej księdzem skończ ze sobą. Po co masz dalej żyć? Tamtej nocy płakałem jak dzieciak. Rano obudziłem się i próbowałem jakoś pozbierać się. Trwało to kilka dni ale owocem była myśl: Stachu zostałeś zraniony ale to nie powód do rozpaczy. Musisz być silniejszy niż to zranienie. Zacząłem szukać w internecie jak sobie radzić z tymi trudnościami. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się o terapii. Na przełomie roku 2013/14 podjąłem decyzję że muszę rozpocząć terapię. Doszedłem do obłędu – sutanna zamiast kojarzyć mi się z Bogiem postrzegana była jako symbol pedofila– a przecież sam w niej chodziłem. Zrozumiałem, że pierwszym krokiem do stanięcia na nogach będzie odwieszenie sutanny na „wieszaku czasu”.

Aby dobrze spełniać posługę kapłańską muszę najpierw ją zawiesić. Rozpocząłem procedurę przygotowania się do życia świeckiego. Musiałem zdobyć jakieś wykształcenie, bo przecież z wiedzą teologa nikt mnie nie zatrudni. Pierwsza myśl to rachunkowość. Rozpocząłem kurs korespondencyjny z księgowości. Całkiem dobrze mi to szło – wszak ukończyłem liceum ekonomiczne. Jednak czytając odpowiedzialności księgowego przestraszyłem stwierdziłem że nie jestem wstanie podjąć tego ryzyka. Zadałem sobie wówczas pytanie co robić. Potrzebuję szybkiego przekwalifikowania się. Dokonałem rozpoznania gdzie mógłbym pewnie znaleźć pracę, jakie są koszty wynajmu mieszkania i wszystko wskazywało na to że Poznań stanie się moim nowym domem. Przyszedł czerwiec 2014 roku. Ja nadal bez zawodu, ale psychicznie naładowany pozytywnie. Patrzyłem z nadzieją na przyszłość. Jakiś wewnętrzny głos mówił mi jasno i wyraźnie że dam radę.

Co kilka dni przeglądałem zapotrzebowanie na rynku pracy. Nagle doznałem olśnienia zobaczyłem że jest zapotrzebowanie na operatorów wózka widłowego. W sierpniu kiedy dostałem urlop zapisałem się na kurs. W przedostatnim tygodniu sierpnia wyjechałem do Poznania w celu szukania pracy oraz taniego mieszkania. Drugiego dnia poszukiwań zadzwonił telefon. To szef magazynu.

-Dzień dobry. Dzwonię z polecenia agencji pracy. Podobno szuka pan pracy jako operator wózka widłowego.

Potwierdziłem.

-Czy ma pan jakieś doświadczenie?

-Nie.

-To proszę przyjść jutro na 15 pod wskazany adres.

Pojechałem. Pokazałem co potrafię i zostałem przyjęty do pracy. Wróciłem do Poznania i zacząłem szukać mieszkania. Odpaliłem laptopa wszedłem w internet. Szukam. Oferty są ale drogo nagle patrzę 700 zł + prąd. Dzwonię – aktualne – umówiłem się na spotkanie. Biorę. Wszystko jednego dnia. W związku z tym że prace mam mieszkanie mam wróciłem do Warszawy aby przedstawić decyzje o odejściu kanclerzowi Kurii Warszawsko-Praskiej. Chciałem odejść definitywnie ale kanclerz wyszedł z propozycją urlopu. Zakomunikowałem że potrzebuję iść na terapię która może potrwać nawet 2 lata. Powiedział że porozmawia z biskupem i da mi odpowiedź.

Wyszedłem.Wiedziałem, że idę w nieznane, że może się nie udać zatem nie mogę za sobą palić mostów. Muszę myśleć racjonalnie. Wróciłem na plebanię i zacząłem się pakować. W międzyczasie postanowiłem, że rozpoczynam walkę z pedofilią w Kościele. Z tego zła, które doświadczyłem muszę wydobyć dobro. Znam Kościół od środka wiem jakimi kategoriami myśli, zatem mogę być brakującym ogniwem pomiędzy ofiarami molestowania a Kościołem. Poznałem ludzi z fundacji i zapowiedziałem, że chce się zaangażować w pomoc. Kilka dni po rozmowie zadzwonił Kanclerz kurii i powiadomił mnie, że biskup zgodził się na 2 lata urlopu i jednocześnie prosi, abym na piśmie dokonał zgłoszenia o molestowaniu w celu rozpoczęcia procesu kanonicznego przeciwko ks. Mateuszowi. Postanowiłem także pomóc Kościołowi w doprowadzeniu sprawy do końca nagłaśniając sprawę w mediach i tak w dniu 23 października ukazał się artykuł w Gazecie Wyborczej. To początek wojny o prawdę w Kościele. Chcę walczyć z opinią że Kościół jest zły, bo to nieprawda. Kościół ma problem, z którym nie umie sobie poradzić. Boi się że przyznając się do błędów utraci coś na wizerunku. A przecież prawda jest inna– gdyby Kościół podszedł w sposób odpowiedzialny i jednoznacznie tępił wypaczenia zyskałby w oczach wiernych i tych którzy nie wierzą. Jeszcze jedna rzecz, jaką chciałbym napisać. Nie wolno uciekać przed własnymi problemami, bo one powracają. Trzeba stawać w prawdzie. Dlatego nie bójmy się mówić. Ja odkąd zacząłem się przyznawać do swojej tragedii czułem, że pomału wyzwalam się, że odbijam się od dna. Teraz jestem na etapie odczuwania wielkiego szczęścia, że wyrzuciłem to, co przez tyle lat chowałem gdzieś w podświadomości. Walczmy o prawdę, bo tylko prawda czyni wolnymi. Nie skazujmy się na postawę ciągłej ofiary ale przechodźmy do stanu OCALONYCH. Życie jest piękne i dlatego szkoda przez nie przechodzić z opuszczoną głową.

OCALONY Stanisław Rychowiecki